Dzieci oprawców. Żyją z piętnem zbrodni

Ci ludzie nie zrobili nic złego. Niby żyją tak jak wszyscy ludzie na świecie - oddychają, jedzą, śpią. A jednak w każdej sekundzie czują, że są inni. Bezustannie dręczy ich świadomość, że ich najbliżsi byli potworami, odpowiedzialnymi za najstraszliwsze zbrodnie w historii ludzkości. Noszą nazwiska, które do dziś budzą grozę: Himmler, Goering, Frank.

Dzieci Hitlera – taki jest tytuł telewizyjnego serialu dokumentalnego, który teraz powstaje. To właśnie przy okazji jego realizacji spotkali się synowie, córki i wnuki przywódców hitlerowskiego reżimu.

Okazało się wówczas, że wszyscy z trudem znoszą swoje pochodzenie. "Jak wiele z tego potwora jest we mnie?" – zastanawiają się. Gdy patrzą w lustro, dostrzegają rodzinne podobieństwo. Ale to jeszcze można by znieść.

Gorsza jest myśl, że mogliby odziedziczyć również ich zbrodnicze skłonności. Dlatego niektórzy z nich postanowili, że nigdy nie będą mieli dzieci – na wszelki wypadek.

Monika Hertwig

Monika Hertwig (65 l.)jest córką Amona Leopolda Goetha, komendanta obozu w Płaszowie. Odpowiadał za śmierć kilkudziesięciu tysięcy ludzi, a 500 zamordował osobiście. - Lubił strzelać z balkonu naszego domu do matek z dziećmi na ręku. Sprawdzał, czy jedna kula może zabić dwie osoby - opowiada Monika, która ciągle myśli o zbrodniach ojca.

Amon Leopold Goeth

Monika długo nie znała całej prawdy o swoim ojcu. - Pamiętam spotkanie z pewnym mężczyzną w 1958 r, zanim dowiedziałam się, kim był ojciec mówi. - Zmywałam naczynia w kawiarni. Miał na ręce wytatuowany numer. Powiedział, że był w obozie w Krakowie. - Mój ojciec był tam komendantem - powiedziałam z uśmiechem, czekając na opowieść. - A on pokazał mi drzwi i powiedział, żebym nigdy nie wracała.

Niklas Frank

Niklas Frank (70 l.) jest synem Hansa Franka, generalnego gubernatora okupowanej Polski. Jego ojciec był jednym z głównych autorów planów wymordowania narodu polskiego i żydowskiego. Niklas jako chłopiec odwiedzał z ojcem obozy koncentracyjne, widział tragiczny los więźniów.

4. Hans Frank

- Do dziś śnią mi się stosy ciał - przyznaje Niklas Frank. Jego zdaniem, naród niemiecki nigdy nie uwolni się od swojej przeszłości. - To jeszcze nie koniec - twierdzi. Frank często spotyka się z młodymi ludźmi we wschodnich Niemczech, którzy wstępują do organizacji neofaszystowskich i opowiada im o zbrodniach ojca. Na zdjęciu mały Niklas z ojcem i matką na Wawelu

Bettina Goering

Bettina Goering (53 l.) jest stryjeczną wnuczką dowódcy Luftwaffe Hermanna Goeringa, który założył Gestapo i uczestniczył w organizowaniu Zagłady, jest odpowiedzialny za deportację milionów robotników przymusowych do Niemiec oraz za grabież okupowanych krajów.

Herman Goering

Ojciec Bettiny został adoptowany przez Goeringa po śmierci dziadka na froncie. I ona, i jej brat postanowili, że nie będą mieli dzieci i oboje poddali się sterylizacji. - Bałam się, że stworzę kolejnego potwora - przyznaje kobieta. Jej obawy wzmagał fakt, że fizycznie jest bardzo do niego podobna. - Te same oczy, kości policzkowe, profil. Przypominam go bardziej niż jego własna córka. Bettina mieszka w USA i zajmuje się zielarstwem.

Katrin Himmler

Katrin Himmler (43 l.) to stryjeczna wnuczka Heinricha Himmlera, dowódcy SS i Gestapo. W Trzeciej Rzeszy był on człowiekiem nr 2, zaraz po Adolfie Hitlerze. Był twórcą obozów koncentracyjnych i obozów zagłady, odpowiadał za zagładę Żydów i innych narodów uznanych przez nazistów za podludzi. Sama wyszła za mąż za Żyda z Izraela.

Heinrich Himmler

- Nie sądzę, abym odziedziczyła jego "zło" - mówi Katrin Himmler, krewna szefa SS (na zdjęciu). - Ale żyję z tym nazwiskiem. Kiedy jako dziecko oglądałam program o Holocauście, nie mogłam opanować płaczu. To nazwisko ciągle się powtarzało - wspomina. - Zrozumiałam, że był największym zbrodniarzem w czasach nowożytnych. Ale jak za to nie odpowiadam.

Naukowcy ogłosili 5 rzeczy, które uczynią Cię szczęśliwym

W przeszłości wielcy humaniści mieli różne teorie co do tego, jakie przesłanki muszą zostać spełnione, aby osiągnąć szczęście. Dziś, dzięki współpracy dobrze rozwiniętych ośrodków naukowych, wszechobecnym centrom badania opinii publicznej oraz nowinkom technologicznych, badacze wyspecjalizowani w różnych dziedzinach za pomocą akademickiej wykładni próbują odpowiedzieć na pytanie, co daje nam szczęście i czy można mu dopomóc.

Dotychczasowe badania zakładały z reguły, że osiągnięcie tego stanu pozostaje poza naszą kontrolą. Uczucie to wg niektórych specjalistów uwarunkowane jest przez czynniki takie jak zdrowie, geny czy inne bodźce zewnętrzne. - poinformował serwis Live Science.

Teraz niezawodni jak zawsze naukowcy zmieniają ton. Przeprowadzone przez niektórych z nich próby wykazały, że możemy wpływać na poziom szczęścia.

"Pomimo wniosku, że szczęście jest częściowo uwarunkowane genetycznie i stwierdzenia, że sytuacja życiowa ma mniejszy wpływ na nasze szczęście, to uważamy, że w naszej mocy znajdują się wciąż duże pokłady szczęścia, na które możemy wpływać." - powiedziała Sonja Lyubomirsky z University of California.

Cytowana psycholog wraz ze swoim zespołem w ciągu ostatniego roku przeanalizowała 51 wyników badań przeprowadzonych przez różne ośrodki naukowe, w których znalazły się sugestie, w jaki sposób można poprawić swoje samopoczucie i wywołać uczucie szczęśliwości. Wyniki dociekań Sonji Lyubomirsky zostały opublikowane na łamach prestiżowego czasopisma "Journal of Clinical Psychology".

Oto 5 rzeczy, które zdaniem naukowców uczynią Was szczęśliwszymi. Sami oceńcie, czy wskazówki uczonych, którzy miesiącami lub latami prowadzą swoje badania, mogą okazać się w czymkolwiek pomocne.

Bądź wdzięczny

Podczas jednego z eksperymentów wolontariusze zostali poproszeni o napisanie listów do osób, którym cokolwiek zawdzięczają. Okazało się, że napisanie listu z podziękowaniami podniosło poziom ich zadowolenia na kilka tygodni, a w niektórych wypadkach nawet na kilka miesięcy. Co ciekawe, według naukowców wystarczyło samo napisanie listu. Efekty, niezależnie od tego czy list został potem wysłany czy nie, były dokładnie takie same.

Patrz w przyszłość przez różowe okulary

Podczas innego z badań ochotnicy zostali poproszeni o wyobrażenie sobie idealnej przyszłości, którą będą dzielić z idealnym partnerem albo partnerką lub w której będą mieli wymarzoną pracę. Każdy badany musiał następnie swoje wyobrażenia dotyczące idealnej przyszłości zapisywać w specjalnym dzienniku.

Tutaj także wyniki okazały się zaskakujące dla psychologów. Dzięki takiej praktyce już po kilku tygodniach wiele osób twierdziło, że znacząco poprawiło się ich samopoczucie. Grunt to być optymistą.

Ziarnko do ziarnka, aż...

Kolejny dziwny test wykazał, że poziom szczęścia wyraźnie wzrasta u osób, które np. każdego tygodnia zapisują pozytywne rzeczy, które ostatnio się im przytrafiły. Rejestrowanie radosnych chwil i koncentracja na pozytywnych rzeczach w sposób znaczący wpływa na wzrost poziomu zadowolenia z życia.

Siła tkwi a atutach

To na czym stosunkowo szybko można "dorobić się" szczęścia, to zdaniem naukowców nasze zalety i talenty. W jednym z badań naukowcy poprosili ochotników, by ci odnaleźli w sobie najbardziej jaskrawe pozytywy i potem w nowatorski sposób próbowali wykorzystać je w życiu.

Według ekspertów, np. ktoś, kto dysponuje wyśmienitym poczuciem humoru powinien próbować to wykorzystać np. podczas spotkań biznesowych i opowiadając dowcipy starać się rozluźnić atmosferę panującą w czasie zebrania. W ten sam sposób można pocieszać strapionych przyjaciół. Jak poinformował serwis "Live Science", ta metoda w odczuciu naukowców szybko może przynieść wymierne skutki i poprawę własnego samopoczucia.

Lepiej dawać niż brać?

Co jeszcze można zrobić, by pomóc euforii wkraść się do naszego życia? W drodze do szczęścia może nam pomóc altruizm. Niesienie pomocy potrzebującym, czy to w formie materialnej czy w postaci poświęcanego im czasu, może przełożyć się na konkretne korzyści dla nas.

Tyle tylko, że niektórzy wiedzieli o tym od dawna, a naukowcy musieli przeprowadzić badania, aby to stwierdzić.

Skandal w USA! Państwo tworzyło tajną bazę DNA noworodków

Rodzice dzieci, które przyszły na świat w Teksasie są oburzeni. Administracja w tajemnicy przed nimi tworzyła bazę DNA maluchów, które dopiero co się urodziły. Afera została ujawniona przez "Texas Tribune".

Mechanizm był prosty. Od dzieci, w celu wykrycia ewentualnych nieprawidłowości, pobierana była krew. Po przeprowadzeniu rutynowego badania, próbki przekazywano do specjalnej bazy tworzonej przez amerykańskie wojsko. W żadnym z wypadków nie występowano o wydanie zgody do rodziców, a materiał przekazywany był przez lokalny departament zdrowia potajemnie.

Szacuje się, że do laboratorium Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych, które zajmuje się tworzeniem bazy DNA mitochondrialnego, trafiło ok. 800 próbek, które zostały pobrane pomiędzy 2003 a 2007 r. - poinformował serwis popsci.com. Władze korzystały z przepisów, które nie wymagały od nich zdobycia zgody rodziców na pobranie od maluchów krwi na badanie przesiewowe. Tymczasem urzędnicy poszli o krok dalej i nie ubiegali się o zezwolenie rodziców także w wypadkach, kiedy krew zamierzali przekazać do bazy.

Obecnie nie ma możliwości sprawdzenia, co się stało z poszczególnymi próbkami. Władze zapewniają bowiem, że nie były one opisywane.

Obserwatorzy nie mają wątpliwości, że ostatni skandal może po raz kolejny nadszarpnąć poziom zaufania obywateli do instytucji publicznych i spowodować, że coraz mniej wolontariuszy będzie się włączać w badania nad rozwojem genetyki.

Robin Hood żyje i nie jest szlachetnym łotrem

Choć chętnie oglądamy filmy i niestety trochę mniej ochoczo czytamy książki, wiele wzorców obecnych w literaturze czy kinie chcielibyśmy też widzieć na co dzień. Niestety, aby poczytać o dobrych gangsterach czy szlachetnych łotrach wciąż będziemy musieli sięgać po literacką czy filmową fikcję. Jak podała agencja "The Associated Press", niejaki Robin Hood wszedł w posiadanie cudzego portfela, ale jego zawartości nie oddał biednym.

Mając za nic legendę Robina z Locksley, 34-letni Robin Joshua Hood znalazł portfel i zaczął używać tożsamości osoby, do której należało mienie. Policja z Denver poinformowała, że Robin Joshua Hood chciał w ten sposób uniknąć identyfikacji przez policję. 34-latek poszukiwany był bowiem za przestępstwa narkotykowe.

Robin został schwytany przez policję przez przypadek. Z jednego ze sklepów w Denver próbował dokonać kradzieży czapeczek baseballowych. Przybyli na miejsce funkcjonariusze znaleźli przy nim także akcesoria do dokonywania iniekcji. "Używałem ich do heroiny." - przyznał mężczyzna.

Nie wiadomo, jakie konsekwencje grożą mężczyźnie. Za "bezczeszczenie" legendy z pewnością należy się surowa kara.

We włoskiej telewizji podano przepis na danie z kota

Nie milkną echa skandalu, jaki kilka dni temu rozpętał się we Włoszech. Beppe Bigazzi - prezenter znany z popularnego programu telewizyjnego poświęconego sztuce kulinarnej, podał w trakcie jego emisji przepis na danie z kota. Włoski nadawca publiczny, stacja RAI, na czas nieokreślony zrezygnowała z usług niesfornego gospodarza.

Do incydentu doszło podczas emisji programu "La Prova del Cuoco". W pewnym monecie audycji, 77-letni prezenter zaproponował przepis na przyrządzenie duszonego kota. "Sam coś takiego jadłem i to jest znacznie lepsze niż wiele innych zwierząt." - rozwodził się Bigazzi. "Lepsze niż kurczak, królik czy gołąb."

Włoch doradził również swoim widzom, aby moczyli mięso kota przez trzy dni w źródlanej wodzie, zanim przystąpią do jego duszenia. Jak stwierdził, taki zabieg optymalizuje smak mięsa.

Wybuchła afera. Do nadawcy napłynęły setki skarg od oburzonych widzów oraz obrońców praw zwierząt. Do sprawy odnieśli się także przedstawiciele rządu. Francesca Martini z Ministerstwa Zdrowia uznała za niedopuszczalną sytuację, w której publiczny nadawca emituje program, w którym prowadzący opowiada o walorach smakowych mięsa z kota. Wezwała także odpowiednie organy do wszczęcia śledztwa w sprawie publicznego podżegania do maltretowania zwierząt. - poinformował serwis Ananova.

Beppe Bigazzi próbuje teraz nieco złagodzić całą sytuację. W trakcie jednej z ostatnich wypowiedzi przyznał, że przepis na potrawę z kota był tylko formą żartu. Nadmienił jednak, że spożywanie mięsa z kota było kiedyś czymś naturalnym.

"Uświadomcie sobie, że nie żartowałem aż tak bardzo. W latach 30-tych i 40-tych, kiedy byłem chłopcem, ludzie normalnie spożywali koty we wsiach znajdujących się w pobliżu Arezzo." - powiedział Bigazzi.